A. Cole & C. Bunch        Sten

    . 6 .    

    Sten był "chory" przez ponad tydzień, zanim pokazał się Doradca.

    Tak naprawdę to był rzeczywiście chory przez pierwszy dzień. Chory ze strachu, że ktoś mógłby odkryć jego małą zabawę z robotem. Zostałaby zakwalifikowana jako bezczelny sabotaż, był tego pewien.. Gdyby miał szczęście, włożyliby go do aparatu do prania mózgu i wypalili każdy obszar nie odpowiadający Idealnemu Wzorowi Robotnika.

    Ale istniało zapewne coś jeszcze gorszego. Podobno zawsze istniało na Vulcanie. Sten nie miał pewności, co to właściwie jest. Słyszał opowieści o piekielnych fabrykach, dokąd zsyłano niepoprawnych, nikt jednak nie znał nikogo, kto byłby rzeczywiście zesłany do takiego zakładu. Może opowieści zmyślono, a może po prostu nikt nie wracał z takich miejsc. Sten zastanawiał się chwilami, czy nie wolałby przejść prania mózgu i zmienić się w roślinę.

    Drugiego dnia zbudził się z uśmiechem. Zorientował się, że nie zauważono, co zrobił z robotem. Więc świętował pozostając w domu, wylegując się w łóżku jeszcze dwie godziny po rozpoczęciu zmiany. Potem zjadł trochę wyśmienitego jedzenia z zapasów zgromadzonych przez rodziców i gapił się na ścienną kinotapetę, na której nie padał śnieg. Wiedział dobrze, że nie powinien wkładać karty do telewizora i oglądać programu, albo wychodzić do jakiegoś centrum rekreacyjnego. To mogłoby ułatwić Kompanii stwierdzenie, że symuluje.

    Płatki zastygłe w powietrzu na tapecie fascynowały Stena. Zamrożona woda, padająca z nieba. To chyba nie było zbyt higieniczne. Sten zastanawiał się, czy w ogóle istnieje jakakolwiek droga ucieczki z tego świata. Nawet jeśli te płatki nie wydawały się praktyczne, to warto kiedyś je zobaczyć. Warto zobaczyć cokolwiek - jeśli tylko znajdowało się dostatecznie daleko od Kompanii i Vulcana.

    Od trzeciego dnia zdecydował, że już nigdy nie pójdzie do pracy. Nie wiedział, jak długo uda mu się symulować. Ani co z nim zrobią, kiedy go złapią. Po prostu siedział. Myślał o płatkach śniegu i o tym, jak by to było spacerować pośród nich, bez karty w kieszeni przypominającej, gdzie teraz powinien być i co powinien tam robić.

    Właśnie nauczył się, .że jeżeli zmruży trochę oczy, to śnieżynki prawie się ruszają, kiedy zabrzęczał dzwonek u drzwi.

    Nie poruszył się. Dzwonek znowu zabrzęczał.

    - Sten! - krzyczał Doradca przez drzwi - wiem, że tam jesteś! Wpuść mnie. Wszystko w porządku. Poradzimy sobie z tym. Razem. Tylko otwórz drzwi. Wszystko w porządku!

    Sten wiedział, że nic nie jest w porządku. Ale w końcu podniósł się i podszedł do wejścia. Znowu odezwał się dzwonek. Potem coś zaczęło zgrzytać w zamku. Sten czekał u drzwi.

    I wtedy zawahał się i przeszedł na drugą stronę. Zamek zaskoczył i płyta drzwi przesunęła się. Do środka wszedł Doradca. Jego usta były otwarte, coś mówił. Sten skoczył, zaciskając ręce wysoko nad głową. Uderzenie trafiło Doradcę w bok głowy, rzucając na ścianę. Ześlizgnął się po niej i upadł na podłogę. Nie poruszał się. Usta miał nadal otwarte.

    Sten zaczął się trząść.

    Nagle poczuł spokój. Oto wyeliminował wszystkie inne możliwości. Pozostało mu tylko jedno. Przeszedł nad nieprzytomnym Doradcą i przeszukał szybko jego kieszenie. Znalazł jego kartę i schował do kieszeni. Jeśli użyje jej zamiast swojej własnej, to może Kontrola nie trafi tak szybko na jego ślad. Ta karta otwierała mu wstęp do obszarów niedostępnych dla Miga Stena.

    Sten obrócił się i rozejrzał po trzech pustych pokojach. Cokolwiek się później zdarzy, widzi je po raz ostatni. Potem wybiegł za drzwi, kierując się w stronę ruchomego chodnika, portu kosmicznego i jakiejś drogi poza Vulcan.

    Poczuł się nie na miejscu w chwili, gdy opuścił ruchomy chodnik. Ludzie tutaj wyglądali inaczej. Widać było tylko kilku Migów, rzucających się w oczy w swoich szarych kombinezonach. Pozostali mieli stroje bogate, wprost olśniewające: Techowie, urzędnicy, administratorzy, tu i ówdzie błyskał dziwny kostium zaświatowca.

    Sten pospieszył do maszyny z ubraniami, włożył do niej kartę Doradcy i wstrzymał oddech. Czy zadźwięczy alarm? Czy strażnicy już biegną w jego kierunku?

    Maszyna zawarczała i zaczęła wyświetlać pozycje do wyboru. Sten wybrał pierwszą rzecz w swoim rozmiarze, która wyglądała na męską, i paczka wypadła na podajnik. Złapał ją i zaczął przeciskać się przez tłum w kierunku obszarów wypoczynkowych.







    Sten wszedł na teren administrowany przez zarząd portu kosmicznego, usiłując wyglądać tak, jakby to było właściwe dla niego miejsce. Musiał szybko coś zrobić z kartą Doradcy. Gdziekolwiek poszedł, zostawiał za sobą ślad szeroki jak papier wychodzący z drukarki komputerowej.

    Stary, gruby urzędas bębnił w automat obok wydający narkopiwo.

    - Cholerna maszyna. Mówi mi, że nie mam już tych cholernych kredytów na...

    Sten podszedł powoli do niego, znudzony, ale lekko zaciekawiony. Ten facet był pijany tak bardzo, że centralny komputer odciął go od dopływu alkoholu.

    - To plamy na słońcu - powiedział Sten.

    Urzędnik spojrzał na niego zamglonym wzrokiem.

    - Tak pan myśli?

    - Jasne. To samo zdarzyło mi się wczoraj. Proszę. Niech pan spróbuje mojej karty. Może ją przyjmie.

    Urzędnik kiwnął głową, Sten wcisnął guzik i karta mężczyzny wypadła z automatu. Wziął ją i wsunął tę, która należała do Doradcy.

    Minutę później urzędnik z zadowoloną miną pociągał swoje narkopiwo.

    Trzy godziny później złapali go. Siedział właśnie w swoim ulubionym, stałym miejscu, czując przyjemny szum w głowie, gdy wpadło coś, co wyglądało jak sześć regimentów strażników. Zanim miał czas odłożyć szklankę, był już pobity, związany i wieziony do centrum przesłuchań.

    Szef patrolu wymachiwał zwycięsko kartą urzędnika. Tylko, że to nie była jego karta. To była karta Doradcy.







    Stena nie opuszczało to nieznane, nieuchwytne wrażenie od momentu, kiedy tylko wszedł do Centrum dla Odwiedzających w porcie kosmicznym. Nawet w panującym tu pośpiechu wyczuwał coś dziwnego. Nie wiedział dokładnie, co to jest. Ale myślał, że ma to związek z wolnością.

    Poruszał się pośród egzotycznego tłumu - od obcych i dyplomatów po zasobnych kupców i żeglarzy dalekich przestrzeni. Nawet rozmowy brzmiały dziwnie: o systemach gwiezdnych i pozaprzestrzennej jeździe, silnikach na antymaterię i imperialnych intrygach.

    Sten wyminął dziwkę i wszedł do zapełnionej tawerny. Przepchał się przez tłum i znalazł puste miejsce przy barze. Obok niego jakiś żeglarz zwierzał się kumplowi.

    - Ten gówniarz porucznik po prostu mnie lekceważy. Możesz w to uwierzyć? Mnie! Bosmana po przeklętych piętnastu latach na tym cholernym pokładzie!

    Jego przyjaciel pokiwał głową.

    - Oni wszyscy są tacy sami. Dwa lata w tej akademii dla dzidziusiów i myślą, że pozjadali wszystkie rozumy.

    - No więc wyobraź sobie - kontynuował ten pierwszy melduję, że są punkty na ekranie, a on mówi, że nie ma żadnego powodu, żeby były punkty. Ja mu na to, że jednak są. Parę minut później trafiliśmy w strumień meteorów. Zgrzytało nam w zębach i śmieci leciały z rur wylotowych. Pilot wyciągnął nas w ostatniej chwili. Wpadliśmy w taki korkociąg, że kapitanowi mało nie wypadły szuflady z biurka.

    Sten dostał swojego drinka, zapłacił za niego jednym ze swoich zachowanych kredytów, i przeszedł powoli wzdłuż baru. Zwrócił uwagę na grupę żeglarzy. Stłoczyli się dookoła stołu, rozmawiali cicho i powoli sączyli drinki zamiast chlustać nimi w gardło, jak inni. Nosili czyste ubrania, byli świeżo ogoleni i mieli wygląd mężczyzn usiłujących skutecznie pozbyć się kaca.

    Mieli wygląd ludzi wracających do domu.

    - Czas iść - powiedział jeden z nich.

    Równocześnie skończyli swoje drinki i podnieśli się. Sten przepychał się za nimi, gdy przechodzili przez tłum i na zewnątrz.







    Sten skulił się w dziobowej części promu. Jakaś płyta ukryła go przed wzrokiem żeglarzy. Opuścili Vulcan i w chwilę później Sten poprzez przezroczysty dziób dostrzegł frachtowiec, do którego podpływał prom.

    Frachtowiec dalekiego zasięgu, olbrzymi wieloczłonowy owad, rozciągał się na kilometry. Ciżba podobnych do żuków holowników ciągnęła kolejne części i wstawiała je na miejsce. Sekcja główna statku była kwadratowa i brzydka, z jeżącymi się dookoła czułkami. Gdy prom przybliżył się do niej, rozdziawiła paszczę.

    Zanim go połknęła, Sten pomyślał, że jest to najpiękniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek widział.







    Sten ledwo słyszał sędziego, monotonnie wyliczającego jego zbrodnie przeciwko Kompanii. Otaczali go strażnicy. Przed sędzią siedział Doradca, a jego głowę spowijały bandaże. Potakiwał boleściwie za każdym razem, gdy sędzia wymieniał kolejne naruszenia prawa.

    Znaleźli Stena na promie, skulonego pod kilkoma kocami i otoczonego skradzionymi ze statku sprzętami. Kapitan usprawiedliwiał się przed nim cały czas, nawet wtedy, gdy zawiadamiał Vulcan, aby kogoś przysłali. O tej planecie krążyły dziwne opowieści.

    - Nie możemy ci pomóc - mówił kapitan. - Służba bezpieczeństwa, szukając takich ludzi jak ty, wysyła szperaczy na każdy statek, zanim pozwoli mu odlecieć.

    Sten nic nie mówił.

    - Słuchaj - kontynuował żeglarz - nie mogę podjąć tego ryzyka. Gdyby mnie złapano na próbie pomocy, Kompania zabrałaby mi prawo do handlu. Byłbym skończony. Chodzi nie tylko o mnie. Muszę myśleć o załodze...

    Sten ocknął się, gdy strażnicy popchnęli go do przodu. Sędzia skończył już swoją wyliczankę. Co teraz będzie? Pranie mózgu? Jeśli tak, to Sten miał nadzieję, że zostanie mu dosyć rozumu, aby popełnić samobójstwo.

    Wtedy przemówił sędzia:

    - Mam nadzieję, że jesteś świadom ogromu swoich przestępstw?

    Sten zastanawiał się, czy udać pokornego Miga. A, do diabła. Nie miał nic do stracenia. Popatrzył na sędziego.

    - Rozumiem. Doradco, czy ma pan coś do dodania w kwestii okoliczności łagodzących?

    Doradca zaczął coś mówić, ale raptownie pokręcił tylko głową.

    - Dobrze. Kartu Stenie, ze względu na twój młody wiek, ponieważ jesteś w stanie służyć jeszcze wiele lat dla dobra Kompanii, i ponieważ nie chcemy okazać się bezlitosnymi oraz dostrzegając możliwość poprawy, orzekamy jedynie... przeszeregowanie.

    Przez chwilę Sten poczuł nadzieję.

    - Twoim nowym miejscem pracy będzie Sekcja Zewnętrzna. Na czas nieokreślony. Jeśli, hmm, okoliczności ulegną zmianie, po upływie przewidzianego prawem okresu wyrok zostanie ponownie rozpatrzony.

    Sędzia skinął głową na znak, iż powiedział już wszystko i wcisnął guzik "wprowadzanie danych" na swoim terminalu. Strażnicy poprowadzili Stena. Nie był pewien, co sędzia miał na myśli. I na co naprawdę został skazany. Pozostawiono mu umysł i życie.

    Odwrócił się u drzwi i po uśmiechu na twarzy Doradcy zorientował się, że zapewne nie na długo.

następny